wtorek, czerwca 23, 2015

Figurkowy Karnawał Blogowy - ed. X - Upadła Madonna z wielkim cycem

To już X edycja Figurkowego Karnawału. Jej epicentrum znajduje się tym razem na blogu "Sobie maluję", autorstwa Tomka Sierakowskiego. Jako nowy temat Tomek zaproponował kryjącą się pod znanym z klasyki hasłem "Upadła Madonna z wielkim cycem" goliznę. Ad rem!


Margara Firetongue - Krasnoludka

Plan na ten karnawał był zupełnie inny, ale z różnych przyczyn musiałem nieco go przekonfigurować Ostatecznie model, który miał się tu znaleźć w pierwotnej wersji pojawi się z opóźnieniem. A tymczasem projekt nieco skromniejszy, lecz wciąż wdzięczny.

Margara Firetongue to kolejna, trzecia już krasnoludka od Reapera, którą tutaj prezentuję (jej siostrzyczki można sobie przypomnieć tutaj i tutaj). Uzbrojona w młotek i dłuto może z powodzeniem robić nawet i za runesmitha, ale jak ktoś się uprze, to i kowalkę, i rzeźbiarkę i geolożkę można z niej zrobić:) Moim zdaniem - figurka bardzo przyjemna.
Jeśli zaś idzie o nagość, wokół której kręci się czerwcowy karnawał, przyznaję, że jest jej tutaj dość niewiele, ale za to porządnie i na temat. Bo przecież nie ilość się liczy, lecz jakość;) Trudno nie zauważyć odważnego dekoltu panny Firetongue i stanowiącego jego podstawowy element konstrukcyjny wielkiego cyca, i to nawet w dwóch egzemplarzach;) Jak widać potraktowałem temat dosyć dosłownie, ale chyba nie wyszło to źle. Zresztą oceńcie sami:






I jeszcze fotka grupowa z koleżankami:


środa, czerwca 17, 2015

Unboxing - stolik Hobbyzone

Jeden wpis dotyczący narzędzi i wyposażenia warsztatu już w tym tygodniu był, ale tak się składa, że nie mam wyboru i muszę zamieścić drugi:)

Listonosz przyniósł wczoraj paczkę, a w paczce prezent - jeden z zestawów zrób-to-sam od Hobbyzone. Geneza tego jest taka, że moja lepsza połówka zarządziła w domu rewolucyjne porządki, włącznie z przemeblowaniem i takimi tam sprawami. W ramach tychże spraw zostało uchwalone, że moje farbki, kleje, pędzelki i nożyki za bardzo się walają, a biurko wygląda niepoludzku zawalone tym wszystkim i wstyd-hańba kogokolwiek zaprosić itede. W związku z tym trzeba było to wszystko jakoś zgrupować, najlepiej tak, żeby można je było łatwo przenosić z miejsca pracy do miejsca magazynowania i z powrotem. I tutaj pojawia się stolik od HZ - formalnie prezent za sobotnie wiercenie w ścianach, przewieszanie szafek i składanie regału, nieoficjalnie metoda na spacyfikowanie mojego twórczego bałaganu;) W związku z powyższym dziś odpakowywanie i krótka wstępna recenzja - nie powstrzyma mnie przed tym nawet popularność tego ustrojstwa - a nuż ktoś jakimś cudem jeszcze o tym nie usłyszał i będzie miał pożytek.

Paczka, w której przyszedł stolik wygląda następująco:


Ot, duże, płaskie pudełko. A w pudełku coś takiego:


Po odwinięciu kilku metrów bieżących folii odstresowującej ukazuje się wreszcie właściwa zawartość paczki:

Stolik jest wykonany ze sztywnej dykty, polakierowanej na biało z jednej strony. Do złożenia tego wszystkiego jest potrzebny wikol i jakiś ostry nożyk do powycinania trzech elementów zaślepiających długie otwory na pojemniczki z farbami.
Pół godziny lepienia i półtorej godziny suszenia później (przywaliłem na ten czas stoliczek kilkoma grubymi książkami - nie pamiętam u kogo na blogu już się pojawił ten patent) stolik był gotów.

Wymiary tego modelu to 60x40 cm. Jest to największy z trzech rozmiarów stanowisk, które robi HZ. Po bokach ma jeszcze otwory na wciskane skrzydełka-półeczki, ale nie zdecydowałem się na ich zamontowanie.
Po przełożeniu nań najczęściej używanego sprzętu i farbek stolik prezentuje się następująco:

Niewątpliwym plusem są uchwyty po bokach - stolik można łatwo przenosić, a że sprzęty siedzą w niszach i zagłębieniach, ryzyko wysypania się jest ograniczone. Część robocza jest, jak dla mnie, wystarczająco duża - na zdjęciu widać, jak się weń wkomponowuje mata do cięcia w formacie A4. Wnęki na farby mieszczą 50 farbek w słoiczkach 36 mm (są jeszcze 2 oddzielne otwory, w które wejdą dwie kolejne). Jest też sporo miejsca na pędzelki, skalpele, pilniki i narzędzia dentystyczne;) No i tak w skrócie się sprawy mają:)

Na koniec jeszcze link do strony producenta: http://www.hobbyzone.pl/pl/

EDIT: Ha! Już wiem, u kogo widziałem patent z książkami:) Pozdro dla Dziada z Lasu

poniedziałek, czerwca 15, 2015

Aerograf + osprzęt

Idąc za przykładem kolegi Maniexa, także i ja rozszerzyłem swój malowniczy arsenał o aerograf. Sam przyrząd nabyłem w zasadzie identyczny, ale fabrycznie zaopatrzony w dwie dysze, 0,2 i 0,3 mm. Choć to sprzęt produkcji dalekowschodniej, sprawia dość dobre wrażenie. Design ładny, wszystko równiutkie, błyszczące i chromowane - prawie jak amerykański pierwowzór. Coś mi się wydaje, że przemysłowi szpiedzy zrobili dobrą robotę. Wygląda to tak:


Żeby zapewnić aerografowi dopływ "aero" zaopatrzyłem się również w niewielką sprężarkę. W tej kwestii posunąłem się nieco dalej od Maniexa, nabyłem bowiem maszynę o jakieś dwa numery większą - wprawdzie tłokową, ale wyposażoną od razu w zawór redukcyjny z manometrem i odwilgotniaczem. Pozwala na wytworzenie dwudziestu kilku litrów sprężonego (do maks. 4 barów) powietrza na minutę. Podobnie jak powietrzopędzel, także i kompresor ma metkę "zdiełano w Kitaje".


Mógłbym właściwie na tym poprzestać, ale nie - w tym momencie włączył się mój wewnętrzny szalony wynalazca:) Sprzęcior dotarł, nawet go wstępnie przetestowałem (spodobało mi się), ale stwierdziłem, że dołożę do maszyny zbiornik wyrównawczy, żeby żadne tętnienia ciśnienia powstające przy okazji pracy tłoka nie wpływały na pracę aerografu. Wymyśliłem to opierając się w zasadzie wyłącznie na tym, co na jutubie doświadczeni aerografowicze mówili, bo mi osobiście podczas prób się żadne tętnienia w oczy nie rzuciły:)
Znalazłem stary baniak po gaśnicy (dość spory, bo 6 kg) i dorobiłem do niego odpowiednią dużą nakrętkę z gwintowanym otworem, w którą wkręciłem czwórnik pozwalający na połączenie zbiornika, węża wlotowego, węża wylotowego i zaworka bezpieczeństwa, który w razie, jakby się coś w sprężarce zacięło ma zapobiec spontanicznej przemianie zbiornika w bombę.


Nie jest to może projekt najwyższych lotów, ale budując to miałem sporo zabawy. Jak się uprę, to może zrobię jeszcze jakiś myk z wymianą presostatu (większa histereza pozwoliłaby na dłuższą pracę bez potrzeby dobijania zbiornika) i lekką rekonfiguracją całości. Ale na razie się nie upieram, bo fajnie działa:)

Jeżeli idzie o samo korzystanie ze sprzętu - jestem bardzo zadowolony, choć jeszcze nie opanowałem w satysfakcjonującym stopniu techniki malowania. Jeszcze nie do końca czuję zależności między konsystencją farby, odległością dyszy od malowanego obiektu i sposobie osadzania się na nim farby. Jak na razie maluję aerografem głównie podstawowe kolory i najbardziej zgrubne rozjaśnienia, ale kto wie, może za jakiś czas uda mi się rozszerzyć zastosowanie tego narzędzia o kolejne elementy. Generalnie jest fajnie :)

środa, czerwca 10, 2015

Gorbatsch - ork spellsword

O ile o D&D można powiedzieć wiele dobrego i złego, to właśnie na tym silniku były rozgrywane najdłuższe rpgowe kampanie w jakich swego czasu uczestniczyłem. Więc mam doń niejaki sentyment. W niektórych przypadkach mechanika gry była zmieniana do granic rozpoznawalności, ale jednak wciąż było to D&Dkowe D20. I grało się fajnie.
Pewnego razu, przy okazji serii sesji trwającej coś ponad półtora roku, w miarę możliwości tydzień w tydzień, posunąłem się do zrobienia i pomalowania figurki postaci, którą grałem. Postać miała na imię Gorbatsch i była orkiem - spellswordem. Mistrz miał swoją własną wizję świata, w tym i orków, więc niech nikogo nie dziwi, że był to zielonoskóry i niebieskooki ork-blondyn. Chadzał w ciężkiej zbroi z narzuconym futrzanym płaszczem i walczył wielkim dwuręcznym tasakiem. Widać to zresztą po figurce - powstała na bazie wojownika chaosu z mieczem orkowego herosa z chronopii, ulepionym futrem i uplecionym z drutu warkoczem. Do tego wszystkiego Gorbatsch rzucał zaklęcia - jako spellsword miał zdolność kanałowania zaklęć przez broń więc na porządku dziennym były wynalazki typu "uderzenie mieczem wzmocnione zmaksymalizowanym wampirycznym dotykiem". Oj, miło się tym grało:)
Po długich przygodach Gorbatsch poległ na polu chwały. Poległ i powstał jako niewyobrażalnie potężny licz (w sumie postać dolevelowała coś do 23 levelu, więc jak na realia D&D baaardzo wysoko). Dalszych perypetii Gorbatscha i kompanii już nie rozgrywaliśmy, więc jego dalsze losy pozostają w sferze spekulacji. A na pamiątkę do dziś została mi karta postaci i figurka:)







poniedziałek, czerwca 08, 2015

Krasnolud - Slayer (#2)

Po związanej z dłuuugim weekendem tygodniowej przerwie w publikowaniu na blogu powracam z nowym krasnalem-zabójcą. Że zafarbowany na rudo, półnagi i obwieszony złotem jak Mr. T, to się rozumie samo przez się. Bardziej nietypowy jest fakt, że ten krasnolud to regimentowy trębacz slayerów, o czym świadczy wyposażenie w tubę czy coś podobnego.
Tak na marginesie, fakt występowania na warhammerowych stołach krasnoludzkich zabójców w równych szykach jest dla mnie dziwny w podobnym stopniu, jak falanga nocnych goblinów czy czworoboki horrorów Tzeentcha. Ale nic. Jak już ma trąbę, to niech gra :)