piątek, 6 października 2017

Mitterherbst - Relacja z turnieju Warheim FS

30 września! Długo szykowałem się na ten dzień. Prawie dwa miesiące zajęły mi przygotowania - swoją drużynę - grasantów Nurgla - tworzyłem właściwie od podstaw, jeśli nie liczyć dowódcy, którego pożyczyłem z wojsk do AoS. Zresztą, postępy można było śledzić na shadow grey. Podszkoliłem się, na tyle, na ile się dało na sucho, z zasad gry. Wydrukowałem ściągi. I uzbrojony w to wszystko ruszyłem do boju!
Dojazd z Wrocławia nie był wcale taki straszny, jak się obawiałem. Opuściliśmy z Maniexem stolicę Śląska około 7 rano i parę minut po 9 byliśmy już na miejscu. Nie było na co czekać - z marszu przystąpiliśmy do gry!

Oficjalny turniejowy plakat:)
źródło: Danse Macabre (quidamcorvus.blogspot.com)


Sytuacja wyjściowa
Moja drużyna rozpoczynała zmagania w dziewięcioosobowym składzie. Zmieściłem w nim czterech bohaterów, czyli tylu, ilu mogłem, i piątkę stronników. Stan osobowy wyglądał zatem następująco: Najpierw bohaterowie:
- Wybraniec Nurgla
- Czarnoksiężnik
- Wojownik Chaosu
- Łowca niewolników
I stronnicy:
- Chorąży (grasant)
- Grasanci x2
- Odrzucony nr 1 (Pan Purpurowy)
- Odrzucony nr 2 (Pan Pomarańczowy)
Przed pierwszą walką trzeba było przydzielić czarownikowi zaklęcie, a odrzuconym - stygmaty Chaosu. Stanęło na tym, że magik dostał nie najgorszą, ale i nie najlepszą zdolność wyczarowywania wrzodów, które wrogom mogą zrobić krzywdę (obrażenia w przypadku nieudanego testu wytrzymałości), a nurglitów mogą leczyć. Pan Purpurowy adekwatnie do swego owadzio-płazińcowatego ryja zaczął budzić grozę, Pan Pomarańczowy zaś, niestety, nabawił się atrofii nogi, przez co jego szybkość spadła do 3 i stracił możliwość biegania... Dobry początek, nie ma co ;)
 
 Panowie Purpurowy i Pomarańczowy, jeden Groźny, drugi Kulawy.

Bitwa 1 - Sztandar Chwały
W pierwszej potyczce moim przeciwnikiem był Druszlak i jego ekipa Krwawych Smoków. Celem gry było dopadnięcie sztandaru znajdującego się pośrodku stołu i przetransportowanie go do swojej strefy rozstawienia zanim zrobi to przeciwnik.
 

Ruszyłem wszystkim, czym mogłem ruszyć w stronę znacznika ze sztandarem i zbierając po drodze znaczniki kosztowności. Kto mógł ten biegł, gonił albo szedł dziarskim krokiem. Tylko Pan Pomarańczowy kuśtykał nieporadnie z tą swoją cholerną nogą, ale przeciwnik był szybszy. Ghule zastąpiły drogę moim chaośnikom, a za ich plecami wampir dopędził do sztandaru, zabrał go, po czym, wykorzystując swoją zdolność biegania z obciążeniem, tchórzliwie dał drapaka zabierając sztandar. Na pocieszenie moi wojacy zdołali wyłączyć z akcji komplet ghuli, po czym mogli już tylko stać na pagórku, potrząsać pięściami i ciskać za uciekającym wampirem obelgi ciężkiego kalibru ;)
Eksplorowanie okolicy przyniosło jakieś tam zyski, jednak nie bardzo było na co je wydać - w związku z karą do dostępności -2, jaką mają grasanci, znalezienie rekrutów innych niż powszechnie dostępni niewolnicy jest cholernie trudne... Kupiłem trochę sprzętu, włączyłem do drużyny trzy ludzkie tarcze. A, i znalazłem studnię, a raczej mój drużynowy czarnoksiężnik znalazł. Testowo zaczerpnął wiadro wody (a nuż ktoś coś tam schował!), ale z nędznym skutkiem - dodatkowych łupów tam nie było. Sfrustrowany czarownik napił się z wiadra, którą to bezmyślną decyzję przypłacił ciężką sraczką i pauzowaniem w kolejnej potyczce:/

Bitwa 2 - Ostatni Obóz
W kolejnym etapie walk stanąłem na przeciw Redka i jego Jaszczuroludzi. Celem rozgrywki było zajęcie obozu mieszczącego się pośrodku pola bitwy. Rozstawiliśmy teren, wokół obozu rozłożyliśmy pułapki, i ruszyliśmy do boju.


Muszę powiedzieć, że ten, kto zastawiał wnyki na drogach prowadzących do obozu znał się na rzeczy - jedną pułapkę rozbroił mój Wybraniec, druga rozbroiła (i wyłączyła z akcji) mojego Wojownika, do trzeciej podesłałem niewolnika - żeby tak, czy inaczej ją rozbroił. Poszedł drogą rozbrajania przez uruchomienie, jednak miał fart - sprężyna najwyraźniej była przerdzewiała i szczęki pułapki nawet mu siniaka nie nabiły.
Fart fartem, ale był i pech - nieobecność mojego czarnoksiężnika, który gdzieś tam siedział w latrynie i klął na czym świat stoi, że mu się, durnemu, wody zachciało, zemściła się straszliwie, bo nie miałem co nawet próbować przeszkadzać przeciwnikowi w czarowaniu. Redkowy skinkowy szaman, dopakowany po skutecznej pierwszej bitwie do naprawdę groźnego poziomu, robił co chciał. Uruchamiał teleporty, ciskał fajerbole... Ale nie to sprawiło mi największy problem. Największy problem stanowił buff, który wszystkim jaszczurkom w promieniu 12" od szamana dawał przerzuty testów trafienia, zranienia i sejwa... Doszedłem do obozu większą częścią swojej drużyny - tylko jeden z niewolników, trafiony jakimś przypadkowym pociskiem pozostał w tyle, no i Pan Pomarańczowy gdzieś na peryferiach świata kuśtykał nieporadnie z tą swoją cholerną nogą. W każdym razie doszło do walki wręcz. Moi wojownicy robili, co mogli, ale nawet jednego gada nie zdołali wyłączyć z akcji... Potyczka była krótka i skończyła się moją całkowitą porażką.
Na otarcie łez miałem trochę szczęścia w rzutach popotyczkowych - wprawdzie łowca niewolników otrzymał ranę ręki, ale poza tym było nieźle - jeśli nie liczyć dwóch niewolników, których, na szczęście, mogłem łatwo dowerbować, nie straciłem nikogo na stałe.

Bitwa 3 - Przedarcie
Trzecia potyczka była bratobójcza - przyszło mi się zmierzyć z Reiklandczykami Maniexa! Cel gry - przeprowadzić chorążego na drugi koniec pola bitwy.

Sytuacja nie wyglądała dla mnie różowo. Maniek porozstawiał swoich kuszników po budynkach szachując większą część okolicy... Poszedłem w jedyną opcję, jaką dostrzegłem - kupą, mości panowie! Chorąży w środek i hajże na Soplicę! I może nawet coś by z tego było, gdyby nie to, że zrobiłem bardzo głupi błąd - pomyliłem Mańkowego chorążego z innym modelem. Byłem przekonany, że Reiklandczyk ze sztandarem czeka, aż mój eszelon się przetoczy i będzie mógł spokojnie przemknąć, ale on nie czekał - chyłkiem przemknął przy samej krawędzi stołu. Gdy zauważyłem swoją pomyłkę, było już za późno. Nie pomógł nawet pościg w wykonaniu Czarnoksiężnika, Łowcy niewolników i Pana Pomarańczowego, który swoim zwyczajem kuśtykał nieporadnie w stronę wroga. Reiklandczycy wygrali.


Chorąży Mańka na ostatniej prostej.

Straty poniesione przez obie strony były minimalne, więc przynajmniej eksploracja przyniosła jakieś profity. Szkoda tylko, że znów problemem była dostępność czegokolwiek. Miałem nieco kasy, ale i tak nie przyniosło mi to większego pożytku - potencjalni pracownicy wyjechali widać na saksy, bo pomimo zaangażowania w rekrutację wszystkich środków, jakie tylko mogłem zaangażować, nie udało się zatrudnić nikogo, poza tym, że uzupełniłem zapas kulochwytów-niewolników. Nie mając co robić z pieniędzmi pokupowałem bohaterom ciężkie pancerze (przynajmniej idzie to normalnie kupić) i przygotowałem się do kolejnego etapu kampanii.

Bitwa 4 - Ostatnia bitwa
Moim przeciwnikiem w ostatniej bitwie był Wojciech dowodzący Wysokimi Elfami (aaargh, znowu strzelacze, a do tego potężna magia...).  Celem gry było tym razem kontrolowanie większej niż przeciwnik liczby ćwiartek stołu.
Podzieliłem siły na dwie części i korzystając z osłony, jaką dawały budynki ruszyłem pozajmować pozycje w sąsiednich dwóch ćwiartkach. Tylko Pan Pomarańczowy, zamiast kuśtykać nieporadnie schował się nieopodal pozycji wyjściowej w ćwiartce startowej. Pomimo moich starań, by pozostać niezauważonym przez elfowatych strzelców, nie udało się w tajemnicy zająć pozycji - przeciwnik był czujny i szczwany! Elfi mag spostrzegł pomiędzy budynkami biegnącą grupkę moich grasantów! Uśmiechnął się zjadliwie, zaczerpnął energii, zamachał rękami, wypowiedział dźwięcznym głosem zaklęcie i... coś się cholernie nie udało. Huknęło, zaśmierdziało i mag wyleciał w powietrze, a wraz z nim jeszcze kilku najbliżej stojących elfów. Kilku dalszych wybuch porozrzucał po okolicy i pozbawił przytomności, tylko kilku się ostało na nogach nie mogąc uwierzyć w cały ten bajzel, który nagle pojawił się dokoła. W tej sytuacji Wojciech podjął decyzję o odwrocie i na polu bitwy pozostali tylko moi dzielni wojacy.

Ponieważ cała gra zajęła nam jakieś 15 minut zagraliśmy sobie jeszcze raz, tym razem bez scenariusza - ot tak, na wyżynkę. W tej rozgrywce to Wojciech był górą, rozstawiając snajperów na defensywnych pozycjach i bezlitośnie ostrzeliwując moich podchodzących mozolnie bidaków z łuków. Kiedy te moje zuchy, obite, zmarnowane i nieszczęśliwe, zdołały w końcu dobiec do wroga, elfy bezceremonialnie dokończyły dzieła zniszczenia w walce wręcz. Ot, skurczybyki szpiczastouche!

W ostatecznym rozrachunku skończyłem turniej na 20 miejscu na 22 zawodników. Właściwie nieźle, biorąc pod uwagę, że w zasadzie pierwszy raz w życiu grałem w tę grę (która jednak od Mordheim, którego rozgrywki swego czasu prowadziliśmy w Legnicy regularnie, trochę się różni). Cóż, nie jechałem na turniej z myślą o wygranej, więc rozczarowania tutaj nie było - udało się przynajmniej odbić od ostatniego miejsca:) No i mam tę satysfakcję, że moja drużyna prezentowała się dobrze, w szczególności zaś mój chorąży, który został doceniony i nagrodzony (drugim nagrodzonym modelem był chorąży Dominiga z Kostki Domina, którego można popodziwiać tutaj). Na tym polu - sukces!:)
 

Spostrzeżenia i wnioski.

Po pierwsze i najważniejsze, powinienem być bardziej uważny. O ile, choćbym na głowie stanął, nie przeskoczę różnicy w ograniu, czy kwestii związanych z praktyczną aplikacją treści podręcznika, tak błąd, który popełniłem w grze przeciw Manieksowi nie powinien się zdarzyć. Muszę sobie gdzieś zapisać wielkimi literami, żeby podczas gry patrzeć, gdzie co jest, po czym popatrzeć jeszcze raz i się upewnić, czy przeciwnik aby nie robi czegoś innego, niż mi się z początku wydawało. Za nieuwagę drogo się płaci.

Po drugie, o ile moi nurglowcy przysporzyli mi sporo radości, tak podczas pracy nad konwertowanie i malowanie, jak i podczas gry, to chyba jednak, biorąc pod uwagę problemy, z jakimi się zetknąłem na turnieju, warto poszukać sobie bandy, która ma sensowną szansę na rekrutowanie uzupełnień. Znalezienie kandydata na stanowisko zwyklasa-grasanta na wyjściowe 10+, a trochę lepszego zwyklasa-odrzuconego na 12+, to nawet przy skierowaniu do rekrutacji wszystkich możliwych bohaterów, zapewnienia pakietu medycznego, premii, trzynastej pensji, karty multisport i wczasów pod gruszą wciąż loteria. Jakby mi któryś trwale zszedł, to bym został z czeredką niewolników, którzy są tani, łatwo dostępni i stanowią znakomity materiał na mięsne jeże nadziewane strzałami - na tym ich zalety się kończą. Dobrze, że nie miałem dość pieniędzy i ambicji, żeby rozglądać się za trollem, bo tego skurczybyka to jeszcze trudniej zwerbować;) W sumie przez cały turniej, mimo rzetelnego przeliczania prawdopodobieństw i wybierania możliwie najlepszych warunków, nie udało mi się zdać ani jednego testu dostępności rekrutów (do szukania rzadkich przedmiotów nawet nie startowałem). Cóż - nie powinienem się właściwie dziwić, bo stało się tak, jak prawdopodobieństwo kazało przypuszczać. Liczyłem na odrobinę szczęścia w rzutach, ale się przeliczyłem.

Po trzecie, sporo krwi napsuł mi kulawy Pan Pomarańczowy. Przy scenariuszach, które w zasadzie standardowo wymagają dojścia z miejsca A do miejsca B drużynnik poruszający się z prędkością krasnoluda, który do tego nawet podbiec nie może to w zasadzie nic, tylko zawalidroga i dodatkowa gęba do wykarmienia. Gdybym mógł wymienić go na cokolwiek innego niż cienias-niewolnik - pogoniłbym go w diabły. Jak teraz o tym myślę, to nawet z niewolników miałem więcej pożytku niż z Pana Pomarańczowego, który przez cztery potyczki nic nie robił tylko kuśtykał nieporadnie, gdzieś na głębokim zapleczu...

Po czwarte, jeśli stoisz naprzeciw drużyny z silnym magiem, dysponującym potężnymi czarami (szczególnie buffami/debuffami, bo to dużo groźniejsze niż jakieś tam pociski i wybuchy), a sam nie masz szans na udany dispel, jest kilka opcji. Pierwsza - zminimalizować własne straty i zwiać, zanim wróg przystąpi do spuszczania lania. Przynajmniej zarobek jakiś z tego będzie dla drużyny, a nie dla grabarzy. Druga - zatrudnić jakiegoś snajpera czy skrytobójcę i wykosić czarownika, a dopiero potem przystąpić do walki. Trzecia - liczyć na cud pod tytułem "paskudny miscast". Choć satysfakcja z takiej wygranej, jak pokazuje przykład czwartej bitwy, to raczej taka sobie... W każdym razie muszę sobie wbić do łba, że Warheim to nie Mordheim. W szczególności w temacie magii. O ile w Mordheim magia to raczej dodatek, ot, taka wisienka na torcie, tak w Warheim, można z powodzeniem złożyć drużynę bazującą właśnie na potędze broni niekonwencjonalnej. W każdym razie, składając bandę warto wziąć pod uwagę możliwość trafienia na takiego właśnie przeciwnika. A nuż jakieś środki zaradcze da się zastosować.

Po piąte, jak mi powiedziano, nie umiem robić zdjęć:P Cóż, z jednej strony cieszę się, że pojawiły się opinie, że moje ludki wyglądają na stronie sporo gorzej niż w rzeczywistości, szczególnie jeśli chodzi o kolorystykę, bo przecież mogłoby być odwrotnie;) Z drugiej, postaram się poeksperymentować z ustawieniami aparatu i może coś się tu uda poprawić. Skoro już jestem w temacie zdjęć, mam nadzieję, że rekwizytem, który pomoże mi zwiększyć przynajmniej ich atrakcyjność będą ruinki, które jako nagroda w konkursie chorążów padły łupem mojego grasanta Nurgla z "Krzykiem" na sztandarze - dopracuję, pomaluję, dobiorę tło i będzie sceneria do fotek ludków, że mucha nie siada :)

Zakończenie
Fajnie było! Wielkie dzięki dla QC wraz z ekipą za ogarnięcie tego wszystkiego. Polecam tego allegrowicza! Łatwo nie było - gra szła raz lepiej, raz gorzej; kości nie miały dla mnie szacunku; przeciwnicy wiedzieli, co robią (w przeciwieństwie do mnie). Ale i tak było sympatycznie i dobrze się bawiłem. Niech żałuje, kto nie był!

Na koniec jeszcze link do relacji z turnieju, którą zamieścił sam naczelny sprawca zamieszania, czyli QuidamCorvus:
http://quidamcorvus.blogspot.com/2017/10/mitterherbst-turniej-warheim-fs-w.html

12 komentarzy:

  1. Mówiłem, że zgarnie nagrodę za sztandar? Mówiłem :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna recka dzięki że się pojawiles mimo, że nie było blisko :) Dostępność w warheim to porażka (dołącz do lobby na rzecz jej zniesienia;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy znieść to nie wiem, ale ograniczenie wpływu dostępności na grę powitałbym z radością:) Bo w obecnej postaci bardziej odpowiednią nazwą zjawiska byłaby "niedostępność":D

      Usuń
  3. Za piąty punkt tego podsumowania odpowiadam ja:) niewymieniony z imienia i nazwiska :D
    Niestety ale nie wybrałeś sobie bandy turniejowej, nawet bez dostępności dla stronników i tak byś musiał ją rzucać przy zakupie magicznych przedmiotów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to mi akurat nie przeszkadza - wszystko jest oczywiście kwestią wizji świata, ale moim zdaniem przedmioty magiczne w świecie warhammera są i powinny być cholernie rzadkie, a nawet bardzo bardzo BARDZO rzadkie, więc bardzo trudny rzut na dostępność jest w tym przypadku uzasadniony. W końcu to nie D&D :)

      Usuń
    2. A, byłbym zapomniał! Za piąty punkt w rzeczy samej to Ty ponosisz odpowiedzialność! ;)

      Usuń
  4. Dzięki za relacje. Mam nadzieję, że będziesz w marcu. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałem całość - bardzo fajnie opisany występ. Chyba ciężko się gra nie znając tak do końca zasad ? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zasady są mocno rozbudowane, więc odnoszę wrażenie, że z wyjątkiem najbardziej doświadczonych graczy, nikt ich tak zupełnie do końca nie zna:) Zawsze może się trafić zasada, której dokładnej wykładni trzeba na miejscu poszukać w podręczniku.

      Usuń