Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1:1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1:1. Pokaż wszystkie posty

sobota, maja 31, 2025

Figurkowy Karnawał Blogowy, ed. CXXIX: Opus magnum

 

Sto dwudziesta dziewiąta edycja Figurkowego Karnawału Blogowego upływa pod hasłem "Opus magnum" zaproponowanym przez Boston Steel Works (tutaj link). Przy tej okazji chciałbym napisać kilka słów o moim wielkim dziele, które planowałem od kilku lat, zacząłem realizować nieco ponad rok temu (i wtedy poniosłem porażkę), a teraz kontynuuję.

 


Dawno, dawno temu wpadła mi w ręce duża szpula po kablach (duża, to znaczy coś koło metra osiemdziesięciu średnicy). I tak sobie wymyśliłem, żeby przerobić ją na stół do ogrodu. Okrągły stół. I to nie byle jaki okrągły stół, ale okrągły stół jak się patrzy - wzorowany na Okrągłym Stole, który wisi sobie na zamku w Winchester i wygląda tak:

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/91/King_Arthur%27s_Round_Table_at_Winchester_Castle%2C_Winchester%2C_Hampshire%2C_England.png

Zdjęcie: Rs-nourse - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=47472135 

Ten stół wg badań dendrochronologicznych pochodzi z XIII wieku, ale został przemalowany za czasów Henryka VIII na fali mody na imprezy tematyczne a la król Artur. Oryginał ma 5,5 metra średnicy i waży około 1200 kg. Ten mój ma być mniejszy i lżejszy - 1,8 metra średnicy i jakieś 250 kg licząc wszystko razem, łącznie ze szpulą.

Prace nad moim projekcikiem rozpocząłem wiosną zeszłego roku - szpula została zabezpieczona i częściowo wkopana w ziemię (bez tego blat byłby zbyt wysoko). Następnie przymocowałem u góry płyty OSB, dla wyrównania powierzchni przed malowaniem. Do tego momentu szło całkiem gładko, ale tutaj zaczęły się schody. Wymyśliłem sobie, że na płytę nakleję płótno nasączone wodoodpornym klejem, na to dam podkład wyrównujący, na którym z kolei będę malował, a na końcu wszystko polakieruję. Tak też zacząłem robić - wyrównałem i zacząłem malować. Zaczynało już to nawet jakoś powoli wyglądać, ale wtedy przyszła katastrofa. Intensywne deszcze.

Niby cały ten mój podkład powinien być wodoodporny, ale, niestety, nie był. Pod malowidło dostała się woda, a szpachla, którą równałem powierzchnię się rozpuściła. I wszystko diabli wzięli. Farba złaziła płatami, nie było czego zbierać.

Zdrapałem w cholerę resztki farby i całą tę szpachlę, aż do płótna - wyglądało nieźle. Położyłem inną szpachlę. Niby lepszą, taką, co to nią można elewacje niby łatać. Niby.

Skończyło się na tym, że  zrywałem wszystko jeszcze raz. Tym razem do gołej dechy.

Potem przyszło lato i, jak na złość, albo był upał, albo deszcz. W każdym razie nie było warunków na jakiekolwiek eksperymenty z podkładem.

Minęło lato, jesień i zima. Po roku wróciłem do tematu. Wykombinowałem inne podejście do podkładu. Żadnych podejrzanych szpachli. Żadnego płótna i wikolu. Na płytę OSB położyłem specjalny podkład na trudne powierzchnie, a jak wysechł, nałożyłem warstwę mrozoodpornego kleju do płytek. Po zeszlifowaniu największych gór i zalepieniu największych dolin udało się uzyskać z grubsza równą powierzchnię. Na to położyłem warstwę białej farby olejno-ftalowej. Dla uszczelnienia i dodatkowego wyrównania. I to jest etap, na którym dzisiaj jestem. Póki co - testy deszczowo-wodne podłoża przeszły celująco. Nic nie odłazi, nic się nie rozpuszcza, żadnych bąbli. Następny etap to szkic, ale zanim do niego przejdę, wymyśliłem sobie, że na czas prac postawię nad stołem pawilon-namiot (czekam na kuriera). A po szkicu - malowanie. I oby tym razem obyło się bez niespodzianek.

Na koniec kilka zdjęć z różnych etapów realizacji projektu (zdjęcia głównie zeszłoroczne, jeszcze przed zrywaniem wszystkiego).

Stół po pierwszym gruntowaniu

 

Pierwsze szkice i kolory
 
 

Tudorska róża pośrodku stołu - ta po prawej w zasadzie gotowa.

Szkic postaci króla Artura.
 

Ostatnie zdjęcia przed zniszczeniem malunku. Potem przyszły deszcze i szlag wszystko trafił.

 

Trzymajcie kciuki, żeby w tym roku w końcu wszystko poszło jak należy!

czwartek, maja 30, 2024

Figurkowy Karnawał Blogowy, ed. CXVII: Przyrządy i sprzęty - wpis karnawałowy

 

Jako gospodarz sto siedemnastej edycji FKB zaproponowałem temat "Przyrządy i sprzęty". Przyznam się bez bicia, że wymyślając go miałem na myśli pewien konkretny projekt, który realizowałem w tym miesiącu. Żeby było śmieszniej prace nad tym projektem wciąż trwają, więc nie zdołam się nim pochwalić w ramach tej odsłony karnawału. Kończąc ten przydługi wstęp - spóźnienie z realizacją wynikło z tego, że w międzyczasie wpadło mi inne pilne zadanie. Zadanie, które, szczęśliwie, także pasuje do majowego motywu :D

Maj był dla mnie pracowitym miesiącem. 1 czerwca 2024 będzie miała miejsce inscenizacja bitwy pod Legnicą i w związku z przygotowaniami do niej trafiły do mnie do malowania trzy mongolskie tarcze. Tarcze, czyli jakby nie patrzeć elementy wyposażenia. Wprawdzie te egzemplarze są naturalnej wielkości, nie zaś figurkowej, ale kto powiedział, że praca nad obiektem w skali 1:1 jest w czymś gorsza od zmagań z miniaturką?

Wybierając wzory tarcz wzorowałem się na ilustracjach z manuskryptów z końcówki XIII wieku traktujących o historii mongolskich podbojów. Wygląda to tak:





 


wtorek, czerwca 27, 2017

Święty Jan - reaktywacja :)

Dziś, z uwagi na to, że dostałem na weekend wychodne, i zamiast malować ludki do grania w wojnę, sam robiłem za ludka do grania w wojnę, będzie z nieco innej beczki:)

Rekosezon w pełni. Za dwa tygodnie Grunwald, czyli chyba największy zjazd ludzi w dziwnych ciuchach, jaki się w Polsce wydarza. Ja się tam tym razem nie wybieram, wybrałem się za to na reaktywacyjną imprezę Chorągwi św. Jana Chrzciciela - grupy skupiającej ludzi z całego kraju, którym od szlacheckiego blichtru bliższa dola prostych żołnierzy czy najemników. Projekt, po szczycie prosperity około roku 2010, w kolejnych latach nieco przygasł, jednak ostatnie tygodnie przyniosły dużo dobrych wieści, weterani się skrzyknęli i postanowili znów działać, stąd - reaktywacja.
Nasz obóz stanął w brzozowym zagajniku i przylegającej do niego łące. Pięknie było - za lasem darły się żurawie, w trawie świeciły robaczki świętojańskie, a na ognisku piekło się mięcho. Trochę sobie podebatowaliśmy, trochę pomaszerowaliśmy, pośpiewaliśmy szlagiery sprzed 500, 600, a nawet 800 lat... Świetnie było. Nieco bajkowo nawet, bo co to za średniowiecze, jak wszyscy mają pełne brzuchy, w miarę kompletne zęby i nikogo akurat nie wyniszcza dżuma;)

W każdym razie, gdyby ktoś nie wiedział jak pomalować swoją Bretonnię albo po prostu chciał się kiedyś cofnąć o paręset lat i szukał ciekawego rekoprojektu, w ramach którego byłoby to możliwe - polecam Święte Jasie i odsyłam na fejsbukowego fanpejdża. Na zachętę - kilka zdjęć (na stronce Chorągwi jest więcej) :)

Szpej w trawie, czyli średniowieczna widokówka ;)
 
 Palenisko. Jak się przyjrzeć, widać udźca na rożnie:)
 
Rzut oka na obóz. Niestety, większości namiotów nie widać, bo stoją w lesie.

Wnętrze mojego luksusowego apartamentu.
 
 Nasza Chorągiew, a na niej święty Jan Chrzciciel.

Oddział idzie.

 Oddział stoi. Zdjęcie dokumentuje specjalną cechę kapalinów - +10 do walki pod słońce;)

 Oddział śpiewa

Oddział wraca do obozu.

wtorek, listopada 15, 2016

Długi weekend w XIV wieku

11 listopada w piątek oznacza długi weekend, czyli dla typowego hobbysty jazdy figurkowej na biurku czas nadrabiania zaległości malarsko-modelarskich. Tym bardziej, że przyszły pierwsze mrozy i spadł pierwszy śnieg, czyli warunki sprzyjały siedzeniu na czterech literach, popijaniu gorącej herbaty czy innego grzańca i paćkaniu ludków. A ja co? A ja sprzeniewierzyłem się świętym zasadom figurkowców bo w weekend zamiast malować czy sklejać byłem na zamku Grodziec, na fabularyzowanej imprezie rekonstrukcyjnej.
I z tej okazji kilka uwag z cyklu "archeologia eksperymentalna w praktyce":

1. W temacie klimatów około frostgrave'owych. Zbroja na mrozie wychładza się jak jasna cholera i wychładza bidaka, którego ma w środku. Rękawice płytowe znakomicie sprawdzają się w roli radiatorów i bardzo szybko schładzają dłonie. Pod napierśnikiem płytowym nawet gruba na ładne 2-3 cm przeszywanica nie chroni przed zimnem - po pół godzinie, mniej-więcej, człowiek zaczyna marznąć. Bez jakichś futer czy wypchania czego się da czym się da, perspektywa chodzenia w pancerzu w niskich temperaturach jest tylko nieco lepsza, niż chodzenie w pancerzu w temperaturach wysokich.

2. Przeprowadzone testy strzelania z łuków do w różnym stopniu opancerzonych manekinów pozwoliły stwierdzić, że bojowe, ostre strzały mogą przebić kolczugę i przeszywanicę, choć żeby się tak stało trzeba szczęśliwie trafić w słabiej chronione miejsce.
- strzały z toczonymi ledwie ostrawymi grotami, takie na strzelanie do tarczy, mają szansę przejść przez przeszywanicę, choć najwięcej zależy wtedy od łuku - kilka kg różnicy naciągu robi dużą różnicę. Jeśli nawet przez przeszywanicę nie przejdą zostawią paskudne siniaki.
Strzelano z łuków o naciągu około 16-22 kg (czyli sporo słabszych niż długie łuki bojowe) z odległości kilku-kilkunastu metrów (czyli sporo krótszej niż by to miało sens w walce).

3. Po zdjęciu z siebie opancerzenia po 12 godzinach ma się wrażenie, że grawitacja nie istnieje :D

Tyle pitolenia, jeszcze kilka zdjęć:

Parę ładnych bo nie moich (autor: Ewa Bryniarska, publikowane za zgodą):




I parę mniej ładnych, robionych chomątem przy świetle łuczywa :)





wtorek, maja 31, 2016

Piknik w Bolkowie i kilka słów o zdobywaniu zamku

Długi weekend dla niejednego figurkownika to znakomity czas na podgonienie zaległości modelarsko-malarskich albo radosne pogranie w ulubionego bitewniaka. W sumie dla mnie niekiedy też, ale nie tym razem. Tym razem wybrałem się z rodziną na piknik! I to nie byle jaki, bo średniowieczny, a z nazwy to nawet rycerski:) A dział się na zamku w Bolkowie. Było w rzeczy samej dość piknikowo, choć pogoda nas nie rozpieszczała (przerobiliśmy burzę, ulewę i gradobicie w jednym). Ale, mimo wszystko, impreza się udała. Pozostaje czekać na następną:)

For many wargaming fans, a long weekend is a perfect time to do something with delays in modelling and painting or to play their favourite tabletop game. Well, it is for me, but not this time. This time I went to a picnic with my family. Not just any picnic. Medieval picnic:) The event took place in the castle in Bolków. The atmosphere was quite picnic-like, the weather, however, wasn't that kind for us (it was stormy, rainy, there even was some hail). Despite that it was great and I am looking forward to next one.


A tymczasem, napiszę trochę o miejscu, gdzie się to wszystko działo, czyli o bolkowskim zamku, przy czym podaruję sobie opowieści historyczne (jak ktoś ciekaw, to na wikipedii sporo już o tym jest) skupię się bardziej na kontekście bitewniakowym - możliwościach atakowania i obrony takiej warowni konwencjonalnymi, niemagicznymi, średniowiecznymi środkami.

In the meantime, I would like to write a word about the place of the event, which is the Bolków castle. There won't be many historical details (if someone wishes some, please see the article on wikipedia, unfortunately the one in English is very short). I want to focus on more wargaming-compliant side - possibilities of attacking and defending such a fortress with conventional, non-magical, medieval means.

  Źródło: Google Maps

Bolkowski zamek to średniowieczna, gotycka budowla obronna, kilkukrotnie przebudowywana i rozbudowana. Stoi na górze górującej nad miasteczkiem - na wiki piszą, że ta góra to ledwie wzgórze, ale pewnie nie próbowali wspiąć się na NIĄ w zbroi i z bronią, albo choćby ściągnąć z niej na dół husyckiego wozu ;) Przy czym mówię tu o podejściu drogą pod główną bramę, które jest upierdliwe, ale możliwe. Bo z pozostałych stron sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. No i dzisiaj zbocza góry porasta las - w czasach funkcjonalności zamku raczej tak nie było, bo po co ułatwiać wrogom podejście?
Dajmy na to, że startujemy z podzamkowego placu, na którym dzisiaj jest parking, gdzie można zostawić auto i chcemy dostać się w niecnych zamiarach na zamek. Ruszamy drogą, która pnie się pod górę, dość stromo (zadyszka prawdopodobna), aż trafia pod mury i odbija łukiem w lewo, w stronę bramy. To nieprzypadkowe, że w lewo - idąc tamtędy, mamy mury po prawej stronie, czyli nie po tej, po której mamy tarczę. Ewentualni obrońcy stojący na murach mogą uprzyjemnić nam wędrówkę rzucając na nas co bądź. Nie wspomniałem jeszcze, że mury w tym miejscu są wysokie na czterech-pięciu chłopa, więc tym z góry bombardować łatwo, a tym z dołu odgryzać się wyjątkowo trudno. Trochę jak w Monty Pythonie i św. Graalu pod zamkiem z ekipą nieuprzejmych Francuzów - nawet perspektywa podobna.

Bolków castle is a medieval, gothic fortification, rebuilt and expanded several times. It is placed on a mountain peaking over the town - wikipedia says the mountain is barely a hill, but I bet the person who wrote it didn't try to climb it in plate armour and carrying weapons, or to transport a hussite war wagon down. I am, of course, writing about going up the main way -  from the other sides it gets far more complicated. Today the castle mountain is overgrown with trees - in the times, when the castle was functional it wasn't like this. Because why do anything to make it easier for the enemies to get to the walls?
Let's say we're starting from the car park under the castle and we want to get to the castle with some foul intentions. We are taking the main (and only) way, that climbs steep up, get under the walls and take turn left to the gate. It's not accident the road turns left - when you go there you have the walls to your right, and your shield is on the opposite side. The defenders standing up the wall can make our day even more pleasant with throwing all sorts of things on us. Including heavy and pointy things. What I haven't mentioned yet,  is how high the walls are in this spot - four, maybe five times man's height. It's very easy to bomb from up the wall, and very hard to do anything against it  from below. The perspective reminds the view King Arthur and his knights had at the French guys throwing insults in their direction in "Monty Python and Holy Grail".

Źródło: "Monty Python i święty Graal" / http://www.quickmeme.com/meme/36eya0

Powiedzmy, że udało nam się przejść te kilkadziesiąt, może sto metrów podejścia i dochodzimy do bramy. Dzisiaj jest tam spawana krata, co było kiedyś - nie wiem, ale najpewniej zwyczajna mocna brama (miejsca na jakieś brony i mosty zwodzone tam nie ma). Jeśli stukanie nie podziała, a załoga nam nie otworzy po dobroci, trudna rada, trzeba wyważać. Sypią na nas z góry kamienie, walą z kusz, łuków, hakownic i czego tam jeszcze, a my łapiemy za taran i wyważamy. Warunki pracy mało komfortowe. Jakby taran był zadaszony i osłonięty, byłoby nieco milej, ale wtaczaj, jeden z drugim, takiego ciężkiego kolosa pod tą górę... Zresztą wniesienie tam solidnego dębowego pnia to też byłby niezły wyczyn. Pewnie łatwiej byłoby wnieść drabiny, ale nie wiem, czy jest sens. Zamek dokoła ma urwiska, a stawiania iluś tam drabin przy murze sąsiadującym z drogą, gdzie rzeczony mur ma 8-9 metrów wysokości naprawdę marnie widzę - przypuszczam, że na tak krótkim odcinku dosłownie kilku obrońców mogłoby skutecznie odpierać setki, a może i tysiące biedaków z drabinami. O żadnych wieżach oblężniczych zupełnie nie ma mowy - nie ma jak tego wtoczyć ani ustawić. Podkopy? Życzę powodzenia w drążeniu w skale. Walić ciężkimi pociskami aż uszkodzimy mur? Niby można, tyle, że za murem wcale nie ma pustej przestrzeni - aż do wysokości, na której na górze są obrońcy (czyli do blanków minus circa półtora metra) jest nasypana i porządnie ubita ziemia zewnętrznego dziedzińca. Może z tym zdobywaniem zamku to nie był wcale taki najlepszy pomysł?
 
Załóżmy, że jakoś daliśmy radę wyłamać wrota i sforsowaliśmy bramę. Rzucamy taran, bierzemy się za broń i co widzimy? Znajdujemy się w otwartym od góry korytarzu, głębokim na trzy czy cztery metry, idącym wciąż pod górę. Po lewej mur, po prawej też mur, a na nim, jakże by inaczej, obrońcy, którzy nadal ochoczo spuszczają nam na głowy piekło. Jeśli, jakimś cudem, uda nam się przejść tą ścieżką zdrowia, zaraz za nią, zamiast chwili odpoczynku mamy co? Ha! Drugą linię murów! A na nich załoga zamkowa, która mieli sporo czasu, żeby z zewnętrznego dziedzińca schować się do środka. Co teraz? Głupia sprawa, ale znowu potrzebujemy tarana i cały cyrk zaczyna się od nowa.

We managed to make it to the walls, after like 100 meters of steep way and we reach the gate. Today the castle gate is made of welded grate, once, I believe, there was a normal, heavy gate, probably wooden. There is no place (and no need) for drawbridge or portcullis. Anyway, if knocking to the door does not cause any effects and the defenders are not willing to open it we have a problem. And we need a battering ram. Force opening the gate is far from being easy and comfortable. Soldiers from the castle garnison throw stones at us, shoot arrows, bolts, bullets and whatever they can find. Maybe it would be a bit better, if we had a battering ram with a roof-like cover from above, but how to push something this heavy up there? Carrying a sturdy oaken trunk would actually be quite an achievement. It would probably be easier to take some ladders, but I am not sure if there is a point. The castle is surrounded by cliffs, the best place for climbing the walls would be next to the road up. But the wall is 8 or 9 meters high and there is very little place. The ladders would have to be very close to each other making it easy to push them away from the walls. Siege towers? Impossible to push up there, and impossible to find a place to actually use them. Digging a tunnel to undermine the wall? Solid rock below. Shoot the wall with heavy projectiles until it's damaged? You can do that, but behind the wall there is no hollow space - the inside is filled with well compacted ground making an external courtyard. Maybe capturing the castle is not a great idea?
 
OK. Assume we somehow managed to break the gate. We throw the battering ram away, get our weapons and move forward. Where are we? In a corridor without roof, three-four meters deep, going up and up. There is a wall to our left, a wall to our right, and the defenders above. And they still unleash hell on our heads. If we make it further we still can't rest. We reach the second line of walls and some more defenders on them. Another wall and another gate. Again, where did we leave our battering ram?

Kiedy zmęczonym i wykrwawionym uda się nam wedrzeć dalej, mamy przed sobą jeszcze mury okalające wewnętrzny dziedziniec, a na dziedzińcu, w najwyższym punkcie zamku, wieżę. Wieża ma dwadzieścia kilka metrów wysokości i ściany grube na jakieś 4 metry u podstawy, wyżej trochę cieńsze. Bolkowska wieża ma kształt klina, skierowanego dziobem w stronę najbardziej prawdopodobnego ataku (czyli znane nam już podejście pod bramę) - jakby wróg prowadził stamtąd ostrzał, to pociski padałyby pod ostrym kątem i odbijały się od muru. Drzwi do środka znajdują się na wysokości ładnych paru metrów - wchodzi się do nich po drewnianych schodach na zewnątrz wieży. Zaraz za wejściem jest loch głodowy (jakieś 10 metrów w dół) i wąziutki korytarzyk w górę. Miejsca wewnątrz wieży jest niewiele - gdzieś w połowie wysokości tylko jedno okrągłe kilkumetrowe pomieszczenie, więc, bez zapasów, trudno byłoby się tam było długo bronić. Ale inaczej niż głodem to ciężko by było coś zdziałać. Pod górę, wąskimi, stromymi schodami? Brrr, zły pomysł.

When exhausted and tired we make it higher we need to break through the internal walls and we get to the main courtyard and reach the tower. The last place the defenders could take refuge in. It's more than twenty meters tall, its walls are like 4 meters thick (the higher the thinner the wall). The tower in Bolków is tear-shaped, with the tapered side directed into the direction of most probable attack (that's where we came from) - to deflect the projectiles. The door to the tower are several meters above the ground level - you can get there with a wooden stairway. Behind the door there is a narrow way up, and a way down (without stairs) - to the dungeon. There is only a little space inside the tower - one round room in half of its height, so the chances to defend it for long are slim - the defenders would run out of supplies shortly. But if the enemy is determined to attack, the stairs are narrow and steep and there would be some serious problems to climb to the top while fighting.


Podsumowując, zdobywanie takiego zamku to naprawdę paskudna sprawa. Przez lata architekci wymyślili mnóstwo patentów uprzykrzających życie ewentualnym wrogom. W czasach, gdy broń prochowa i materiały wybuchowe były mocno niedoskonałe, a atak z powietrza niemożliwy, zdobycie takiej fortecy było cholernie ciężkim i niewdzięcznym zadaniem. Więc kiedy będziecie na jakimś zamku zwróćcie uwagę na szczegóły konstrukcji, zastanówcie się jak mogłoby wyglądać jej atakowanie czy obrona i pomyślcie chwilę o losie nieboraków, którzy kiedyśtam szli - i ginęli - na tej samej drodze, po której dzisiaj chodzą turyści.

To sum up, capturing a castle like the one in Bolków is really nasty business. In the course of years, the architects developed many ways to ruin the day of an enemy. In the times when the firearms and explosives were far from being perfect and airborne attack was impossible, getting to such a fortress was a hard and exhausting task. When you happen to visit a fortified castle look at the details of its construction, imagine how an attack or defence could have looked like, and think for a moment of this poor bastards that once went - and died - on the same way the tourists take today.

poniedziałek, lipca 20, 2015

Grunwald i po Grunwaldzie

Uff. Tegoroczny Grunwald przeszedł już do historii. Osiemnasty rok z rzędu (a dziewiętnasty raz w ogóle) wygrały połączone siły polsko-litewskie + sojusznicy, a więc bez niespodzianek (i ogólnonarodowej chryi nad chryjami). Nasz oddział śląskich najemników w tym roku trafił na żołd Wielkiego Mistrza, więc znaleźliśmy się (znów) po przegranej stronie, ale co robić - tak to już jest, że na inscenizacji Bitwy Grunwaldzkiej ktoś musi dać się pobić ku chwale polskiego oręża :)

Przy okazji chciałbym zaprzeczyć informacjom medialnym o tym, że bitwę wygrali Rosjanie. Widziałem wszystko na własne oczy i niniejszym stwierdzam, że wszystko wskazuje na to, że po zwycięskiej stronie wojowali głównie Litwini i Włosi, podobno wspierani przez Finów, gdzieniegdzie zawieruszyło się trochę Polaków (Chorągiew Krakowska to prawdziwa wieża Babel, a ich dowódca ma w związku z tym przekichane). Rosjan przez tydzień obozowania spotkałem chyba dwóch, na tym koniec.

W każdym razie można wracać do normalnego życia i malowania figurek. Tymczasem linki do dwóch świetnych galerii zdjęć z bitwy znalezionych na Facebooku. A nuż kogoś zainspirują do pomalowania czegoś ładnego.

Galeria nr 1
Galeria nr 2

Gdzieniegdzie nawet się pojawiam:)

piątek, kwietnia 03, 2015

Pawężka ze św. Sebastianem

Muszę się przyznać, że w ostatnim czasie, z wyłączeniem kilku wyjątków, serwowałem na blogu figurki pomalowane znacznie wcześniej. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prozaiczna - duży, praco- i czasochłonny projekt w skali 1:1. A konkretnie kolejna pawężka dla kolegi rekonstruktora.
Kolega ów, Sebastianem będąc, Sebastiana na tarczy sobie zażyczył. Świętego w dodatku. Parametryzacja zamówienia objęła też treść okalającego pawężkę napisu i umieszczone na niej herby - Landskron (rycerza z tego właśnie rodu kolega odtwarza) herb-logo naszego legnickiego bractwa.

Święty Sebastian był rzymskim żołnierzem i to dość wysokiej szarży, bo dowódcą cesarskiej gwardii. Przedstawia się go w sztuce jako mężczyznę lub młodzieńca przywiązanego do słupa/pala/kolumny i naszpikowanego strzałami. Na taki nieprzyjemny los skazał go za wyznawanie chrześcijaństwa jego szef, tj. cesarz Marek Aureliusz Probus. Żeby było weselej rozstrzelanie wcale nie spowodowało u świętego wyzionięcia ducha - odratowano go, a jak już wydobrzał udał się do cesarza i powiedział mu co myśli o przejawach dyskryminowania chrześcijan i jak nieładnie cesarz się zachował. Władca się mocno poirytował i kazał egzekucję powtórzyć, dla odmiany metodą zatłuczenia pałkami. Tym razem świętego zabito skutecznie, a skatowane zwłoki wrzucono do kanalizacji...

Wizerunek świętego, na którym się wzorowałem, znalazłem na miniaturze w pewnym włoskim manuskrypcie z końca XIV wieku. Przedstawienie spodobało mi się ze względu na "oldschoolowość" wyrażającą się brodatością postaci, średniowieczną wąziutką talią i, ogólnie, kontrastem z późniejszymi przedstawieniami - wszyscy piętnastowieczni-plus Sebastianowie jakich znalazłem byli malowani w konwencji "piękny do bólu młodzieniec", a ten wygląda na normalnego gościa, a nie jakiegoś Adonisa.
Z początku planowałem umieszczenie po bokach tarczy łuczników, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że święty mi się między nimi gubił. I łuczników nie ma.

Tarcza jest gotowa w 99% - zostało właściwie tylko usunięcie śladów ołówka i zabezpieczenie całości lakierem. No, chyba, żebym jeszcze jakieś bonusy nagle wymyślił :)


A na koniec małe podsumowanie: bardzo się cieszę się z faktu, że miniony miesiąc był dla mojego bloga rekordowy - udało mi się zamieścić 14 postów, czyli więcej niż w latach 2010-2013 do kupy. Przełożyło się to na liczbę odwiedzin - średnia dzienna marca 2015 była zbliżona poziomem do średniej miesięcznej z poprzednich lat! Bardzo dziękuję wszystkim czytelnikom i zapraszam do śledzenia bloga w przyszłości - postaram się nie stracić tempa ;)

poniedziałek, marca 11, 2013

Pawęż (tym razem pełnowymiarowa)

Właśnie skończyłem malowanie kolejnego projektu w skali nieco większej, niż to dla figurków typowe. Tym razem jest to pełnowymiarowa pawęż dla Marka - kolegi z bractwa.
Marek wymyślił, że jak na Marka przystało, na pawęży powinien mieć Marka, z tym, że świętego. No to wynalazłem średniowieczną miniaturę ze św. Markiem, który pisze sobie w najlepsze ewangelię, a knigę podpiera mu lew. Znalazłem i przemalowałem. Nad świętym lewitują trzy tarczki - po bokach herby Brodzic i Jastrzębiec, do których kolega się dokopał studiując własną genealogię, oraz, u góry, dawny herb Legnicy ze św. Piotrem, wzorowany na XIV-wiecznej pieczęci miejskiej. W dolnej części herb-logo bractwa otoczone ornamentami wyciągniętymi z XV-wiecznego manuskryptu. Naokoło modlitwa do świętego o wstawiennictwo u wyższej instancji w zakresie szeroko pojętego zwyciężania.

PS. Wiem, że lew wygląda trochę jak małpa, ale w XV wieku lwy tak wyglądały ;)



sobota, czerwca 11, 2011

Pawężka

Oto, po długim milczeniu, wreszcie coś wrzucam na bloga. Jakoś nie złożyło się ostatnio i figurek żadnych nowych nie popełniłem. Za to realizowałem kilka projektów w nieco większej skali. Dzisiaj jeden z nich.
Pawężka.
Postać pośrodku to św. Jadwiga Śląska wzorowana na tryptyku z Trzebuni datowany na lata 1400-1430.
U góry herb Legnicy wzorowany na pieczęci miejskiej z XIV wieku i herb-logo legnickiego bractwa rycerskiego.
Napis naokoło to cytat z psalmu 22.
Samo malowanie kosztowało ponad 30 godzin pracy, ale, moim zdaniem, było warto :)



poniedziałek, marca 28, 2011

Manewry Lekkich Jasiów

Dzisiaj zamiast zdjęć figurek zdjęcia ludzi przebranych za figurki:) Weekendowe manewry kilkunastoosobowego pododdziału piechoty z Chorągwi św. Jana Chrzciciela.
















Oddział maszeruje











Oddział stoi

















Oddział odpoczywa

















Koyoth w pełnym rynsztunku taksuje lustruje okolicę;)