Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Battle Report. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Battle Report. Pokaż wszystkie posty

piątek, października 06, 2017

Mitterherbst - Relacja z turnieju Warheim FS

30 września! Długo szykowałem się na ten dzień. Prawie dwa miesiące zajęły mi przygotowania - swoją drużynę - grasantów Nurgla - tworzyłem właściwie od podstaw, jeśli nie liczyć dowódcy, którego pożyczyłem z wojsk do AoS. Zresztą, postępy można było śledzić na shadow grey. Podszkoliłem się, na tyle, na ile się dało na sucho, z zasad gry. Wydrukowałem ściągi. I uzbrojony w to wszystko ruszyłem do boju!
Dojazd z Wrocławia nie był wcale taki straszny, jak się obawiałem. Opuściliśmy z Maniexem stolicę Śląska około 7 rano i parę minut po 9 byliśmy już na miejscu. Nie było na co czekać - z marszu przystąpiliśmy do gry!

Oficjalny turniejowy plakat:)
źródło: Danse Macabre (quidamcorvus.blogspot.com)


Sytuacja wyjściowa
Moja drużyna rozpoczynała zmagania w dziewięcioosobowym składzie. Zmieściłem w nim czterech bohaterów, czyli tylu, ilu mogłem, i piątkę stronników. Stan osobowy wyglądał zatem następująco: Najpierw bohaterowie:
- Wybraniec Nurgla
- Czarnoksiężnik
- Wojownik Chaosu
- Łowca niewolników
I stronnicy:
- Chorąży (grasant)
- Grasanci x2
- Odrzucony nr 1 (Pan Purpurowy)
- Odrzucony nr 2 (Pan Pomarańczowy)
Przed pierwszą walką trzeba było przydzielić czarownikowi zaklęcie, a odrzuconym - stygmaty Chaosu. Stanęło na tym, że magik dostał nie najgorszą, ale i nie najlepszą zdolność wyczarowywania wrzodów, które wrogom mogą zrobić krzywdę (obrażenia w przypadku nieudanego testu wytrzymałości), a nurglitów mogą leczyć. Pan Purpurowy adekwatnie do swego owadzio-płazińcowatego ryja zaczął budzić grozę, Pan Pomarańczowy zaś, niestety, nabawił się atrofii nogi, przez co jego szybkość spadła do 3 i stracił możliwość biegania... Dobry początek, nie ma co ;)
 
 Panowie Purpurowy i Pomarańczowy, jeden Groźny, drugi Kulawy.

Bitwa 1 - Sztandar Chwały
W pierwszej potyczce moim przeciwnikiem był Druszlak i jego ekipa Krwawych Smoków. Celem gry było dopadnięcie sztandaru znajdującego się pośrodku stołu i przetransportowanie go do swojej strefy rozstawienia zanim zrobi to przeciwnik.
 

Ruszyłem wszystkim, czym mogłem ruszyć w stronę znacznika ze sztandarem i zbierając po drodze znaczniki kosztowności. Kto mógł ten biegł, gonił albo szedł dziarskim krokiem. Tylko Pan Pomarańczowy kuśtykał nieporadnie z tą swoją cholerną nogą, ale przeciwnik był szybszy. Ghule zastąpiły drogę moim chaośnikom, a za ich plecami wampir dopędził do sztandaru, zabrał go, po czym, wykorzystując swoją zdolność biegania z obciążeniem, tchórzliwie dał drapaka zabierając sztandar. Na pocieszenie moi wojacy zdołali wyłączyć z akcji komplet ghuli, po czym mogli już tylko stać na pagórku, potrząsać pięściami i ciskać za uciekającym wampirem obelgi ciężkiego kalibru ;)
Eksplorowanie okolicy przyniosło jakieś tam zyski, jednak nie bardzo było na co je wydać - w związku z karą do dostępności -2, jaką mają grasanci, znalezienie rekrutów innych niż powszechnie dostępni niewolnicy jest cholernie trudne... Kupiłem trochę sprzętu, włączyłem do drużyny trzy ludzkie tarcze. A, i znalazłem studnię, a raczej mój drużynowy czarnoksiężnik znalazł. Testowo zaczerpnął wiadro wody (a nuż ktoś coś tam schował!), ale z nędznym skutkiem - dodatkowych łupów tam nie było. Sfrustrowany czarownik napił się z wiadra, którą to bezmyślną decyzję przypłacił ciężką sraczką i pauzowaniem w kolejnej potyczce:/

Bitwa 2 - Ostatni Obóz
W kolejnym etapie walk stanąłem na przeciw Redka i jego Jaszczuroludzi. Celem rozgrywki było zajęcie obozu mieszczącego się pośrodku pola bitwy. Rozstawiliśmy teren, wokół obozu rozłożyliśmy pułapki, i ruszyliśmy do boju.


Muszę powiedzieć, że ten, kto zastawiał wnyki na drogach prowadzących do obozu znał się na rzeczy - jedną pułapkę rozbroił mój Wybraniec, druga rozbroiła (i wyłączyła z akcji) mojego Wojownika, do trzeciej podesłałem niewolnika - żeby tak, czy inaczej ją rozbroił. Poszedł drogą rozbrajania przez uruchomienie, jednak miał fart - sprężyna najwyraźniej była przerdzewiała i szczęki pułapki nawet mu siniaka nie nabiły.
Fart fartem, ale był i pech - nieobecność mojego czarnoksiężnika, który gdzieś tam siedział w latrynie i klął na czym świat stoi, że mu się, durnemu, wody zachciało, zemściła się straszliwie, bo nie miałem co nawet próbować przeszkadzać przeciwnikowi w czarowaniu. Redkowy skinkowy szaman, dopakowany po skutecznej pierwszej bitwie do naprawdę groźnego poziomu, robił co chciał. Uruchamiał teleporty, ciskał fajerbole... Ale nie to sprawiło mi największy problem. Największy problem stanowił buff, który wszystkim jaszczurkom w promieniu 12" od szamana dawał przerzuty testów trafienia, zranienia i sejwa... Doszedłem do obozu większą częścią swojej drużyny - tylko jeden z niewolników, trafiony jakimś przypadkowym pociskiem pozostał w tyle, no i Pan Pomarańczowy gdzieś na peryferiach świata kuśtykał nieporadnie z tą swoją cholerną nogą. W każdym razie doszło do walki wręcz. Moi wojownicy robili, co mogli, ale nawet jednego gada nie zdołali wyłączyć z akcji... Potyczka była krótka i skończyła się moją całkowitą porażką.
Na otarcie łez miałem trochę szczęścia w rzutach popotyczkowych - wprawdzie łowca niewolników otrzymał ranę ręki, ale poza tym było nieźle - jeśli nie liczyć dwóch niewolników, których, na szczęście, mogłem łatwo dowerbować, nie straciłem nikogo na stałe.

Bitwa 3 - Przedarcie
Trzecia potyczka była bratobójcza - przyszło mi się zmierzyć z Reiklandczykami Maniexa! Cel gry - przeprowadzić chorążego na drugi koniec pola bitwy.

Sytuacja nie wyglądała dla mnie różowo. Maniek porozstawiał swoich kuszników po budynkach szachując większą część okolicy... Poszedłem w jedyną opcję, jaką dostrzegłem - kupą, mości panowie! Chorąży w środek i hajże na Soplicę! I może nawet coś by z tego było, gdyby nie to, że zrobiłem bardzo głupi błąd - pomyliłem Mańkowego chorążego z innym modelem. Byłem przekonany, że Reiklandczyk ze sztandarem czeka, aż mój eszelon się przetoczy i będzie mógł spokojnie przemknąć, ale on nie czekał - chyłkiem przemknął przy samej krawędzi stołu. Gdy zauważyłem swoją pomyłkę, było już za późno. Nie pomógł nawet pościg w wykonaniu Czarnoksiężnika, Łowcy niewolników i Pana Pomarańczowego, który swoim zwyczajem kuśtykał nieporadnie w stronę wroga. Reiklandczycy wygrali.


Chorąży Mańka na ostatniej prostej.

Straty poniesione przez obie strony były minimalne, więc przynajmniej eksploracja przyniosła jakieś profity. Szkoda tylko, że znów problemem była dostępność czegokolwiek. Miałem nieco kasy, ale i tak nie przyniosło mi to większego pożytku - potencjalni pracownicy wyjechali widać na saksy, bo pomimo zaangażowania w rekrutację wszystkich środków, jakie tylko mogłem zaangażować, nie udało się zatrudnić nikogo, poza tym, że uzupełniłem zapas kulochwytów-niewolników. Nie mając co robić z pieniędzmi pokupowałem bohaterom ciężkie pancerze (przynajmniej idzie to normalnie kupić) i przygotowałem się do kolejnego etapu kampanii.

Bitwa 4 - Ostatnia bitwa
Moim przeciwnikiem w ostatniej bitwie był Wojciech dowodzący Wysokimi Elfami (aaargh, znowu strzelacze, a do tego potężna magia...).  Celem gry było tym razem kontrolowanie większej niż przeciwnik liczby ćwiartek stołu.
Podzieliłem siły na dwie części i korzystając z osłony, jaką dawały budynki ruszyłem pozajmować pozycje w sąsiednich dwóch ćwiartkach. Tylko Pan Pomarańczowy, zamiast kuśtykać nieporadnie schował się nieopodal pozycji wyjściowej w ćwiartce startowej. Pomimo moich starań, by pozostać niezauważonym przez elfowatych strzelców, nie udało się w tajemnicy zająć pozycji - przeciwnik był czujny i szczwany! Elfi mag spostrzegł pomiędzy budynkami biegnącą grupkę moich grasantów! Uśmiechnął się zjadliwie, zaczerpnął energii, zamachał rękami, wypowiedział dźwięcznym głosem zaklęcie i... coś się cholernie nie udało. Huknęło, zaśmierdziało i mag wyleciał w powietrze, a wraz z nim jeszcze kilku najbliżej stojących elfów. Kilku dalszych wybuch porozrzucał po okolicy i pozbawił przytomności, tylko kilku się ostało na nogach nie mogąc uwierzyć w cały ten bajzel, który nagle pojawił się dokoła. W tej sytuacji Wojciech podjął decyzję o odwrocie i na polu bitwy pozostali tylko moi dzielni wojacy.

Ponieważ cała gra zajęła nam jakieś 15 minut zagraliśmy sobie jeszcze raz, tym razem bez scenariusza - ot tak, na wyżynkę. W tej rozgrywce to Wojciech był górą, rozstawiając snajperów na defensywnych pozycjach i bezlitośnie ostrzeliwując moich podchodzących mozolnie bidaków z łuków. Kiedy te moje zuchy, obite, zmarnowane i nieszczęśliwe, zdołały w końcu dobiec do wroga, elfy bezceremonialnie dokończyły dzieła zniszczenia w walce wręcz. Ot, skurczybyki szpiczastouche!

W ostatecznym rozrachunku skończyłem turniej na 20 miejscu na 22 zawodników. Właściwie nieźle, biorąc pod uwagę, że w zasadzie pierwszy raz w życiu grałem w tę grę (która jednak od Mordheim, którego rozgrywki swego czasu prowadziliśmy w Legnicy regularnie, trochę się różni). Cóż, nie jechałem na turniej z myślą o wygranej, więc rozczarowania tutaj nie było - udało się przynajmniej odbić od ostatniego miejsca:) No i mam tę satysfakcję, że moja drużyna prezentowała się dobrze, w szczególności zaś mój chorąży, który został doceniony i nagrodzony (drugim nagrodzonym modelem był chorąży Dominiga z Kostki Domina, którego można popodziwiać tutaj). Na tym polu - sukces!:)
 

Spostrzeżenia i wnioski.

Po pierwsze i najważniejsze, powinienem być bardziej uważny. O ile, choćbym na głowie stanął, nie przeskoczę różnicy w ograniu, czy kwestii związanych z praktyczną aplikacją treści podręcznika, tak błąd, który popełniłem w grze przeciw Manieksowi nie powinien się zdarzyć. Muszę sobie gdzieś zapisać wielkimi literami, żeby podczas gry patrzeć, gdzie co jest, po czym popatrzeć jeszcze raz i się upewnić, czy przeciwnik aby nie robi czegoś innego, niż mi się z początku wydawało. Za nieuwagę drogo się płaci.

Po drugie, o ile moi nurglowcy przysporzyli mi sporo radości, tak podczas pracy nad konwertowanie i malowanie, jak i podczas gry, to chyba jednak, biorąc pod uwagę problemy, z jakimi się zetknąłem na turnieju, warto poszukać sobie bandy, która ma sensowną szansę na rekrutowanie uzupełnień. Znalezienie kandydata na stanowisko zwyklasa-grasanta na wyjściowe 10+, a trochę lepszego zwyklasa-odrzuconego na 12+, to nawet przy skierowaniu do rekrutacji wszystkich możliwych bohaterów, zapewnienia pakietu medycznego, premii, trzynastej pensji, karty multisport i wczasów pod gruszą wciąż loteria. Jakby mi któryś trwale zszedł, to bym został z czeredką niewolników, którzy są tani, łatwo dostępni i stanowią znakomity materiał na mięsne jeże nadziewane strzałami - na tym ich zalety się kończą. Dobrze, że nie miałem dość pieniędzy i ambicji, żeby rozglądać się za trollem, bo tego skurczybyka to jeszcze trudniej zwerbować;) W sumie przez cały turniej, mimo rzetelnego przeliczania prawdopodobieństw i wybierania możliwie najlepszych warunków, nie udało mi się zdać ani jednego testu dostępności rekrutów (do szukania rzadkich przedmiotów nawet nie startowałem). Cóż - nie powinienem się właściwie dziwić, bo stało się tak, jak prawdopodobieństwo kazało przypuszczać. Liczyłem na odrobinę szczęścia w rzutach, ale się przeliczyłem.

Po trzecie, sporo krwi napsuł mi kulawy Pan Pomarańczowy. Przy scenariuszach, które w zasadzie standardowo wymagają dojścia z miejsca A do miejsca B drużynnik poruszający się z prędkością krasnoluda, który do tego nawet podbiec nie może to w zasadzie nic, tylko zawalidroga i dodatkowa gęba do wykarmienia. Gdybym mógł wymienić go na cokolwiek innego niż cienias-niewolnik - pogoniłbym go w diabły. Jak teraz o tym myślę, to nawet z niewolników miałem więcej pożytku niż z Pana Pomarańczowego, który przez cztery potyczki nic nie robił tylko kuśtykał nieporadnie, gdzieś na głębokim zapleczu...

Po czwarte, jeśli stoisz naprzeciw drużyny z silnym magiem, dysponującym potężnymi czarami (szczególnie buffami/debuffami, bo to dużo groźniejsze niż jakieś tam pociski i wybuchy), a sam nie masz szans na udany dispel, jest kilka opcji. Pierwsza - zminimalizować własne straty i zwiać, zanim wróg przystąpi do spuszczania lania. Przynajmniej zarobek jakiś z tego będzie dla drużyny, a nie dla grabarzy. Druga - zatrudnić jakiegoś snajpera czy skrytobójcę i wykosić czarownika, a dopiero potem przystąpić do walki. Trzecia - liczyć na cud pod tytułem "paskudny miscast". Choć satysfakcja z takiej wygranej, jak pokazuje przykład czwartej bitwy, to raczej taka sobie... W każdym razie muszę sobie wbić do łba, że Warheim to nie Mordheim. W szczególności w temacie magii. O ile w Mordheim magia to raczej dodatek, ot, taka wisienka na torcie, tak w Warheim, można z powodzeniem złożyć drużynę bazującą właśnie na potędze broni niekonwencjonalnej. W każdym razie, składając bandę warto wziąć pod uwagę możliwość trafienia na takiego właśnie przeciwnika. A nuż jakieś środki zaradcze da się zastosować.

Po piąte, jak mi powiedziano, nie umiem robić zdjęć:P Cóż, z jednej strony cieszę się, że pojawiły się opinie, że moje ludki wyglądają na stronie sporo gorzej niż w rzeczywistości, szczególnie jeśli chodzi o kolorystykę, bo przecież mogłoby być odwrotnie;) Z drugiej, postaram się poeksperymentować z ustawieniami aparatu i może coś się tu uda poprawić. Skoro już jestem w temacie zdjęć, mam nadzieję, że rekwizytem, który pomoże mi zwiększyć przynajmniej ich atrakcyjność będą ruinki, które jako nagroda w konkursie chorążów padły łupem mojego grasanta Nurgla z "Krzykiem" na sztandarze - dopracuję, pomaluję, dobiorę tło i będzie sceneria do fotek ludków, że mucha nie siada :)

Zakończenie
Fajnie było! Wielkie dzięki dla QC wraz z ekipą za ogarnięcie tego wszystkiego. Polecam tego allegrowicza! Łatwo nie było - gra szła raz lepiej, raz gorzej; kości nie miały dla mnie szacunku; przeciwnicy wiedzieli, co robią (w przeciwieństwie do mnie). Ale i tak było sympatycznie i dobrze się bawiłem. Niech żałuje, kto nie był!

Na koniec jeszcze link do relacji z turnieju, którą zamieścił sam naczelny sprawca zamieszania, czyli QuidamCorvus:
http://quidamcorvus.blogspot.com/2017/10/mitterherbst-turniej-warheim-fs-w.html

czwartek, lipca 07, 2016

Stormcast Eternals (Maniex) vs. Chaos Warriors (Koyoth) - 2 lipca 2016

"Sigmarze, miej nas w opiece!" Gumbin pędził przez zagajnik jakby go diabli gonili. Być może dlatego, że, w istocie, diabli go gonili! Chaos! Żelazna Horda! Tutaj, w samym środku Równin! Gumbin nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zapuścili się w te strony. Od lat panował tu spokój, a życie toczyło się powolutku, w rytmie mijających pór roku. Najazdy i inne takie... to zdarzało się tylko w strasznych historiach, które Dziadek Kulfon opowiadał wieczorami. Ale dziadkowych opowieści nikt nie traktował poważnie...
Za drzewami ukazały się znajome zabudowania. "Jeszcze kawałek, jeszcze tylko kawałek... Muszę wszystkich ostrzec! Sigmarze, pomóż!". Las pozostał w tyle. Gumbin gnał na złamanie karku przez łąkę, chaty były coraz bliżej, bliżej, wreszcie wpadł pomiędzy nie i dalej, na główny plac osady. Dopadł alarmowego dzwonu i zaczął w niego bić jak szalony. "Chaos! Chaos! Ratuj się kto może!" wrzeszczał. Niektórzy słysząc to stawali w miejscu jak wryci, nie dowierzając, inni wpadali do domów, ratować co się da z dobytku, jeszcze inni - tak, jak stali, rzucali się do ucieczki.
Harmider dobiegł uszu Ojca Telesfora, zajętego akurat w kaplicy przygotowaniami do wieczornego nabożeństwa. Zaskoczony wsłuchał się w dochodzące z zewnątrz krzyki i zbladł. Podszedł pośpiesznie do ołtarza i padł na kolana rozpoczynając modlitwę. "Sigmarze, wzywamy Cię! ratuj swoje wierne sługi".
Na skraju lasu zamajaczyły masywne, zakute w pancerze postacie. W szczelinach hełmów złowrogo błyszczały oczy. W rękach lśniły miecze i topory. Najeźdźcy bez pośpiechu, jakby od niechcenia, ruszyli w stronę wsi.
"SIGMARZE, WZYWAMY CIĘ! RATUJ SWOJE WIERNE SŁUGI!".
Nagle coś się zmieniło w powietrzu. Zerwał się wiatr, przygięte nagłym podmuchem drzewa zaszumiały donośnie. Dziwnie, wręcz nienaturalnie szybko jasne popołudniowe niebo pociemniało, zasnute ciężkimi, ołowianymi chmurami. Wtem błyskawica rozświetliła niebo i, niemal w tej samej chwili, rozległ się grzmot. Walnęło tak potężnie, że aż garnki z płotów pospadały.
Sigmar odpowiedział!

***

W sobotę, drugiego lipca, rozegraliśmy z Maniexem niewielką potyczkę w Age of Sigmar. Trochę testowo, bez specjalnych przygotowań i bez scenariusza. Ot, tak, żeby figurki miały okazję posparować ;) Maniex przyniósł walizeczkę Stormcastów, ja - walizeczkę Chaosu.

Na małym stole rozłożyliśmy kilka budynków i przeszkadzajek i przeszliśmy do rozstawienia wojsk. Ostatecznie stanęło na tym, że każdy wystawił po trzy oddziały i trzech bohaterów.

Żelazna Horda Koyotha (Chaos Undivided)
Chaos Lord on Daemonic Mount

Chaos Sorcerer Lord


Exalted Hero with Battle Standard

5xChaos Knights

10xChaos Warriors

3x Chaos Ogres (w tej roli Brutale Chaosu)




Stormcast Eternals Maniexa

Lord-Celestant on Dracoth
 
Lord-Relictor

 Knight-Venator

5xLiberators

5xJudicators

 3xRetributors

 Rozstawienie wyglądało następująco:






***


Koyoth
Wszystko, co tylko mogło się ruszyć do przodu, ruszyło się do przodu. Z lewej flanki Rycerze, za nimi Lord, środkiem Wojownicy z Chorążym, prawą Brutale. Czarnoksiężnik zajął pozycję na blankach wieży.

Maniex
Nastąpiła reorganizacja sił i ustawienie zgrabnej linii. Naprzeciw rycerzy stanęło trzech Retributorów, dalej Judicatorzy z Venatorem, Lord-Celestant i Liberatorzy. Nieco z tyłu Relictor.
Stormcaści otworzyli ogień - na szczęście dla Chaosu raczej nieskuteczny - wprawdzie Czarnoksiężnik otrzymał dwie rany, ale Rycerze i Wojownicy ostrzelani przez najcięższe kalibry zdołali dzięki swoim runicznym tarczom uniknąć trzech mortal woundów!





 


 ***


Koyoth
Chorąży rozwinął Sztandar Hordy, a Lord wydał rozkaz ataku Rycerzom. Gwiazdą tury okazał się Czarnoksiężnik, który zaczerpnął mrocznych energii, skoncentrował się i zdołał przywołać posiłki - wrota piekieł się otwarły i na polu bitwy zjawił się wśród dymu i smrodu siarki Demoniczny Książę, o tajemnym imieniu Pies (w jego roli wystąpił chronopiański Dusk Realm Demon, a przyczyną takiego, a nie innego imienia, jego psia morda)!
Chaośnicy zaszarżowali na całej szerokości frontu. Po lewej Rycerze wpadli na Retributorów. Dalej - wojownicy na Judicatorów, Lord Chaosu na Lorda-Celestanta i Daemon Prince na Liberatorów. Brutale zostali nieco z tyłu i nie zdołali dopaść przeciwnika. Czarnoksiężnik zszedł z wieży i ruszył w stronę Chorążego.
Walka wręcz nie przyniosła na tym etapie żadnych spektakularnych efektów. Retributorzy dzielnie wytrzymali szarżę Rycerzy, Kusznicy dotrzymali pola Wojownikom, generałowie obu armii wymienili serie ciosów, jednak obydwaj stali dalej (Celestant poradził sobie lepiej niż Chaosyta). Najskuteczniejszy okazał się książę Pies, który zdołał powalić jednego z Liberatorów, dzięki czemu wyleczył jedyną ranę, którą w tej rundzie otrzymał. Żaden z oddziałów nie spanikował, wszyscy raźno siekali dalej.

Maniex
W tym momencie Sigmaryci uruchomili swoje specjalne zdolności. Najpierw Venator ostrzelał Lorda Chaosu. Jak tchórzliwe i nikczemne by to nie było - odniosło skutek i chaotyczny władca runął wraz z rumakiem na ziemię. Lord Celestant, ośmielony śmiercią przeciwnika, przyzwał na pomoc pioruny Sigmara, by porazić rycerzy, jednak niezbyt skutecznie. Ze swojej zdolności ofensywnej skorzystał też Relictor. Dzielnie poradzili sobie Judicatorzy, którzy niezrażeni związaniem w walce wręcz walili z kusz do Wojowników kilku powalając.
Następnie sytuację Wojowników jeszcze pogorszył Celestant doszarżowując od flanki i robiąc kotlety z jeszcze kilku. Na prawej flance Sigmarytów (czyli lewej Chaosu) Retributorzy, pokazali dlaczego tak, a nie inaczej się nazywają, i wywarli srogą pomstę na Rycerzach Chaosu, zabijając jednego i ciężko raniąc kolejnego. Jednak nie obeszło się bez strat - jeden z młotkowych osunął się po celnym ciosie któregoś z rycerzy.
Liberatorzy w dalszym ciągu dwoili się i troili skacząc dokoła jego wysokości Psa próbując go powalić, jednak z niewielkim skutkiem (wprawdzie ich młoty kilka razy dosięgnęły demonicznego pancerza, ale nie zrobiły większej krzywdy i nie powstrzymały Księcia przez posiekaniem kolejnego Stormcasta na plasterki).
Pomimo strat, Chaos nie przestawał napierać, a Sigmaryci ani myśleli się poddać temu naporowi - wszystkie testy morale zostały zdane. Bitwa trwała.
 

Przywołany Daemon Prince








***


Maniex
Trzecia tura Maniexa niewiele zmieniła na stole, z wyjątkiem tego, że kolejni Chaosyci padli od specjalnych zdolności i ostrzału, zanim faza walki wręcz pozwoliła im się choć trochę odegrać. Walące z niebios pioruny osmaliły jednego z szykujących się do szarży Brutali, który, choć się zachwiał, szedł dalej. Retributorzy bezwzględnie wyklepywali pancerze Chaos Knightów (kolejny jeździec padł pod ciosami wielkich młotów). Wojownicy w centrum dostawali łomot od kuszników i Celestanta, jednak wciąż stali, a nawet zdołali odgryźć się (do Sigmara wrócił jeden z Judicatorów). Jedynie Pies spokojnie i metodycznie kontynuował młócę urywając głowę kolejnego Liberatora i niewiele sobie robiąc ze spadających nań ciosów. Siły Chaosu wykrwawiały się, jednak wciąż trzymały linię.

Koyoth
Chorąży, widząc co się dzieje, zwinął chorągiew i ruszył do przodu, chcąc wesprzeć wykruszające się szeregi Wojowników. Czarnoksiężnik oddał salwę z Arcane Bolta i nawet trafił, ale za cholerę nie pamiętam w kogo;) Po prawej stronie Brutale dopadli Lorda Celestanta, który nie przetrzymał lawiny ciosów i zwalił się ciężko z siodła. Pies dokończył dzieła zniszczenia i powalił ostatniego Liberatora. Na lewej flance ostatni z Rycerzy padł pozostawiając na placu boju samotnego championa Retributorów. W centrum pola bitwy pozostał jeszcze ostatni z Wojowników ścierający się z ostatnim Judicatorem. O dziwo, pomimo potężnych strat po obu stronach, w dalszym ciągu nikt nie myślał o ucieczce!
 



***


Maniex
Jedyny ocalały Retributor ruszył na odsiecz ostatniemu z Judicatorów, jednak utknął w zwałowisku ludzkich i końskich trupów i nie zdołał doń dotrzeć, wskutek czego Judicator w końcu padł od miecza ostatniego z Wojowników Chaosu. Specjalne ataki nie odniosły żadnych spektakularnych skutków, ot, obrażenie tu i tam, jednak nie zmieniające wiele w sytuacji na stole.

Koyoth
Czarnoksiężnik wycelował palcem w ostatniego Retributora, który, ociekając krwią, głównie cudzą, brnął w stronę centrum, chcąc chociaż pomścić Judicatora, któremu nie zdążył z pomocą! Jednak chęci nie na wiele się zdały - błysnęło, świstnęło i dzielny wojak z młotem wyparował, tylko puste blachy pancerza z brzękiem upadły na śliską już od krwi trawę.
Chorąży, spędziwszy większość bitwy na energicznym machaniu flagą i dodawaniu ducha wojakom, postanowił w końcu się wykazać i zaszarżował na Venatora. Psi demon doskoczył do Relictora i zrobił z nim to, co pies robi z kośćmi. Ocaleli stronnicy Chaosu cofnęli się nieco, spoglądając na pojedynek swojego Chorążego z wrogim Łowcą. Im dłużej patrzyli, tym bardziej kwaśne były ich miny. Venator ani myślał łatwo ulec - pomimo, że z całego kontyngentu pozostał na polu bitwy sam. Bez cienia strachu zadawał cios za ciosem bohaterowi Chaosu.
 



***



Venator dotrzymał pola Chorążemu, którego ciosy nie grzeszyły skutecznością i, ostatecznie, obił go do ostatniego wounda. Zapewne dobiłby go w kolejnej turze, jednak Łowca korzystając z chwili rozkojarzenia mocno poturbowanego przeciwnika, rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze, by zanieść komu trzeba wieść o klęsce. Walka dobiegła końca.



***


Ufff. Potyczka skończyła się zwycięstwem Chaosu, choć było to bardzo kosztowne zwycięstwo - generał, wszyscy rycerze, wszyscy wojownicy poza jednym... Straty okazały się bardzo poważne. Szalę zwycięstwa na stronę Żelaznej Hordy przechylił Czarnoksiężnik przywołując Psiego Demona, który sam jeden utrzymał całą flankę aż do przybycia Brutali. Gdyby nie to - kto inny świętowałby zwycięstwo.

W bitwie starły się dwie mocno elitarne siły. Żaden z modeli na stole nie miał mniej, niż dwa woundy. Chyba tylko Brutale mieli save gorszy niż 4+. Większość sił Chaosu była wyposażona w runiczne tarcze dające ochronę na 5+ przed mortal woundami... Morale obu wojsk było wysokie, dodatkowo wspomagane specjalnymi zdolnościami bohaterów - po stronie Stormcastów do boju zagrzewał Lord Celestant, po stronie Chaosu - Chorąży. Moim wojskom zdecydowanie zabrakło ataków z rendem, który by obniżał wysokie sejwy przeciwników. U Maniexa rendowników było trochę więcej i zdecydowanie mu to służyło, choć ostatecznie nie wystarczyło do zwycięstwa.

Zawodnikiem meczu okazał się, jak sądzę, Pies, który zamienił porażkę Chaosu w zwycięstwo. Jeśli jednak go pominąć, jako summona, najskuteczniejsi byli chyba, ex aequo, Retributorzy, którzy we trzech bez wysiłku przerobili pięciu Rycerzy Chaosu na mielonkę i Venator, który szył bezwzględnie ze swojego łuku, ustrzelił Lorda a i innym Chaosytom napsuł sporo krwi. No i przeżył do końca.

Gra była przyjemna i dość dynamiczna, choć wysokie sejwy i morale po obu stronach konfliktu nieco z tej dynamiki z pewnością urwały. Bardzo ciekawym wrażeniem było to, że Stormcaści mają się do Wojowników Chaosu jak kiedyś Wojownicy Chaosu do zwykłych ludzi z Imperium. Strasznie mocne te Sigmarinesy! Co do zasad gry - dają radę, choć nie powiem, bym nie miał uwag.
Osobiście uważam strzelanie z łuków i kusz w walce wręcz za niefortunne. Zachęca do tworzenia sytuacji, gdzie szarże celowo przyjmuje się łucznikami, zamiast ich osłaniać (bo, w skrócie, strzelec w jednej turze, składającej się z faz obu graczy, zaatakuje trzy razy (w tym raz naprawdę boleśnie), a niestrzelec - dwa) i w ogóle jest sprzeczne z moim common sensem. Prawda, strzelcy niestrzelający w walce wręcz byliby dużo słabsi w rzeczonej walce wręcz. Jak to strzelcy. Poza tym kto to widział, żeby kuszę ładować albo łuk napinać jednocześnie walcząc mieczem? Legolas chyba, a i on miał by problem. Ergo - przed następną grą będę stał na stanowisku, że strzelać w walce wręcz nie wolno. No chyba, że model jest wyposażony w wielostrzałową broń, do obsługi której wystarczy jedna ręka. Albo po prostu ma więcej niż dwie ręce.

Kolejna sprawa to przyzywanie. Summoning w dotychczasowym kształcie wygląda na przegięty i to w epickim stylu - dwóch czy trzech czarowników na stole i możemy przywołać cokolwiek nam potrzeba tam, gdzie jest akurat potrzebne! Baaaaardzo, baaaaaardzo to mocne. Ale wieść niesie, że wartość taktyczna summoningu będzie odzwierciedlana w systemie punktowym, więc ok. Czas pokaże. W grach casualowych - takich jak nasza - warto się zawczasu dogadać co i jak z tym summoningiem, żeby nie psuć sobie zabawy.

Uwagi uwagami, ale to była dobra bitewka. Dzięki dla Maniexa, który, jak zawsze, był groźnym przeciwnikiem, i Potsiata, który udostępnił nam miejsce do grania. Czekam niecierpliwie na następną potyczkę - na pewno nie będę się migał, gdy Maniex zażąda rewanżu :)

***

Wiatr niósł swąd spalenizny. Gumbin ukryty na drzewie patrzył z niepokojem w stronę płomieni pochłaniającej strzechy wioskowych chałup. Sigmar odpowiedział na wezwania i przysłał pomoc, dając wieśniakom czas na ucieczkę, jednak, o zgrozo, cały jego Zastęp został rozbity! Z oddziału potężnych wojowników w złotych zbrojach przy życiu pozostał tylko jeden skrzydlaty rycerz, który, po tym, jak otoczyli go Chaosyci, wzniósł się na swoich skrzydłach i odleciał...
Od strony sioła niosły się straszne, choć przytłumione przez odległość, wrzaski. Biedny ojciec Telesfor! Kapłan uparł się, że nie porzuci kaplicy. "Skoro boski Sigmar odpowiedział na wezwanie, nie ma takiej siły, która mogłaby mu zagrozić". Cóż. Jak się okazało, była...
W głowie Gumbina kłębiły się czarne myśli. Jak to może być, Święci Wojownicy Sigmara pokonani? Fakt, uszliśmy z życiem i zdrowiem (z wyjątkiem nieszczęsnego ojca Telesfora), ale co teraz? Domy spalone, zapasy stracone, trzoda przepadła... Żelazna Horda grasuje po Równinach! Ocaleliśmy, ale przyjdzie chyba umrzeć z głodu na przednówku... Chyba, że wcześniej dopadną nas Wojownicy Chaosu. Sigmarze, dopomóż... Co teraz?